 | Sławomir Mrożek Tango z samym sobą Oprawa twarda; książka ilustrowana zdjęciami autora, zdjęciami ze spektakli, rysunkami S. Mrożka Format: 150 x 240 mm 688 stron ISBN 978-83-7392-290-7 Kwiecień 2009 Cena 59,00 zł |
Nota o książce: Czym jest ta książka? Najprościej: antologią wybranych dzieł wybitnego pisarza. Nie tylko dramatów i opowiadań, z których Sławomir Mrożek przede wszystkim słynie, ale też esejów, felietonów czy listów. Zatem „Super Mrożek”? „The best of Mrożek”? Można i tak... Ale jest przecież czymś więcej – albo inaczej. Układa się mianowicie w wielogatunkową i wielowątkową opowieść mającą swojego bohatera i swoją historię. Tym bohaterem jest trochę sam Mrożek, a trochę każdy, kto urodził się w Polsce w XX wieku i zaznał wielu „przygód człowieka myślącego”, jakich ten wiek nikomu nie szczędził.
Nota o autorze: Prozaik, dramaturg, rysownik, publicysta, krytyk teatralny, autor scenariuszy i reżyser filmowy - to wszystko Mrożek. Jeden z najpopularniejszych polskich twórców i jeden z niewielu naprawdę znanych w świecie; jego sztuki grywane są od Kostaryki po Syberię. Od kilkudziesięciu lat zadomowiony w polskiej wyobraźni zbiorowej. Jego nazwisko stało się hasłem zrozumiałym wszędzie tam, gdzie trzeba podkreślić jakiś szczególny nonsens: mawia się wtedy, że „to jak z Mrożka”. Urodzony w 1930 r. w Borzęcinie, niewielkim miasteczku podkrakowskim, zatoczył niezwykłe koło życia. Mieszkał kolejno w Krakowie, Warszawie, włoskim Chiavari i w Paryżu (od 1968 jako „oficjalny” emigrant), w 1989 wyjechał do Meksyku, w którym spędził 7 lat, po czym wrócił do Krakowa, z którego po 12 latach, w 2008 r., przeprowadził się do Nicei. Jest postacią wyjątkową w polskiej kulturze współczesnej. Jego pozornie zrozumiała, często podszyta Ironią twórczość każe w nim widzieć błyskotliwego humorystę o szyderczych skłonnościach, typowych dla urodzonego satyryka. Większość jego opowiadań uchodzi za rozrywkowe groteski, sztuki zaś zwykło się nazywać komediami, choć w większości są to raczej dramaty psychologiczne, w których obraz świata i człowieka nie wygląda szczególnie różowo. Już najwcześniejsze dojrzałe utwory Mrożka mówiły albo o problemach wolności i zniewolenia (Policja 1958, Na pełnym morzu 1961), albo o życiu w idiotyzmie tak zwanych stosunków społecznych (opowiadania Słoń 1957 i Deszcz 1962, sztuki Indyk 1960 i Zabawa 1962). Za najgłośniejszy dramat uchodzi Tango (1964), rzecz o trzech pokoleniach uwikłanych we wzajemne gry między nowoczesnością, tradycją i przemocą. Najwybitniejszym utworem okresu emigracyjnego Mrożka pozostają Emigranci (1974), dwuosobowa tragikomedia o wyobcowaniu w świecie, jednym z głównych problemów naszych czasów. Późniejsze utwory (Ambasador 1982, Letni dzień 1983, Kontrakt 1986) pokazują przepaść między dwiema cywilizacjami i dwiema kulturami, charakterystyczną dla niedawno jeszcze obowiązującego podziału Europy na „lepszą” zachodnią i „gorszą” wschodnią. W drugie| połowie lat 70. Mrożek zafascynował się kinem, czego efektem stały się scenariusze trzech filmów: Wyspa Róż, Amor i Powrót, dwa ostatnie Mrożek sam wyreżyserował dla niemieckiego producenta. Jest bodaj najbardziej tajemniczym i trudnym do opisania polskim autorem współczesnym. Wymyka się etykietom, raz robi wrażenie przekornego błazna w cyrku świata, raz pełnego goryczy filozofa skazanego na życie w skrajnym a nieuniknionym absurdzie. Niewielu umiało tak precyzyjnie oddać wariactwo i pomieszanie współczesnych czasów, jak on.
Fragment książki: PISARZ, ŻABA, ALCHE MIK Dlaczego pisarz pisze? Sto razy słyszałem to pytanie, dwadzieścia razy odpowiedziałem (osiemdziesiąt razy wykręciłem się od odpowiedzi). Pytanie może się wydać niemądre, jak to: „Dlaczego ogórek nie śpiewa?”, albo mądre, jak to: „Jaki jest sens istnienia?”. Względnie niemądre jak pytanie o sens istnienia, a mądre jak pytanie o niemuzykalność ogórka. Odpowiedzi też może być mnóstwo. „Dla zarobku”. „Bo woli pisać niż czytać”. „Bo mu w duszy gra”. „Z nudów”. „Żeby się wyróżnić”. „Żeby pouczyć, rozerwać, wychować, zirytować albo się przypodobać, żeby spełnić funkcję klasową”. Czy mam wyliczać dalej? Osobiście nie interesuje mnie, dlaczego piszę. Dosyć mam kłopotów z samym pisaniem. Raczej zainteresowałoby mnie pytanie: dlaczego nie piszę? Ściślej: dlaczego czasem już nie chce mi się pisać tak, jak chciało się dawniej? Gdzie jest ten święty dreszcz w zetknięciu ręki z piórem, pióra z papierem. Ręki młodzieńczej. Gdzie jest to uczucie, że już za chwilę otworzy się świat właściwy, świat prawdziwy. Pióro jak wytrych, a w pancernej kasie (tą kasą jest wszystko) leży od niepamiętnych czasów sekret. Sam Pan Bóg go tam schował, a teraz patrzy bezsilnie, jak się dobieram do jego sekretu. O młody, a potem już coraz mniej młody pisarzu... Bo może o to samo chodzi w dalszym ciągu, zarówno teraz, jak i dwadzieścia pięć lat temu? O poszukiwanie Ostatecznej Formuły? Za każdym razem, przez tyle lat, nadzieja, że tym razem uda się na reszcie. Gdyby artysta uwierzył, dał się naprawdę przekonać, że jest, razem z jego sztuką i jej tworzeniem - tylko rodzajem procesu, jednym z niezliczonych procesów, a tak zwykłym jak ruch robaczkowy jelit i tak samo naukowo stwierdzonym - co by z niego zostało? Więc udaje tylko, że wierzy w semantykę, w strukturalizm, w teorię informacji. Żaba musi wierzyć w skalpel, który oddziela jej nóżki od brzuszka, brzuszek od móżdżku, ale woli skakać po łące jako żaba. Nie może przestać wierzyć w siebie jako w żabę, w żabę przede wszystkim, w łąkę jako łąkę. Na pewno nie jest tak mądra jak profesor, który przeprowadza wiwisekcję. Na pewno teoria żaby, wykładana przez profesora, jest słuszna. Nie jest jednak żabą. Nie mówiąc już o tym, że sam profesor wypuszczony na łąkę, nawet gdyby skakał, też żabą nie będzie. Zaplątałem się nieco w tę żabę. Zamieńmy żabę z powrotem w pisarza, chroniąc go w ten sposób od żaboznawcy. Ubierzmy go w szaty. (Pisarz nago - to nie uchodzi). Czy nie jest podobny do alchemika, który zgarbiony nad retortami poszukuje Ostatecznej Formuły? I czy po wielu latach nie jest podobny do alchemika zmęczonego? Bo nie ma co ukrywać, Ostatecznej Formuły nie znalazł. Nadzieja - pewność - rozczarowanie. Nadzieja - pewność - rozczarowanie. (Przepisać to milion razy). Na początku pełen był jeszcze ognia. Ale monotonia cyklu: nadzieja - pewność - rozczarowanie, zjadła go pomału. Jeszcze nie do końca. Jeszcze powtarza alchemiczne doświadczenia. Ale pracownia pokryła się kurzem. Aż, zmęczonemu, jawi się wątpliwość: czy Ostateczna Formuła w ogóle istnieje? Wtedy powinien zmienić zawód. Zaangażować się (oczywiście nie jako alchemik, ale jako chemik) do przemysłu. Inżynier z pensją. Najwyższy czas przestać być dzieckiem. Najwyższy czas pozbyć się złudzeń. Wolność to uświadomienie sobie konieczności. Czemu więc żal?
|